Real Madryt 16 — Barcelona 1
Nie, to nie jest wynik dwumeczu w Lidze Mistrzów. To dorobek bramkowy piłkarzy obu klubów na mundialu.
Piłkarze Realu strzelają na MŚ jakby każdy gol był kolejnym argumentem w debacie o największym klubie świata. Mbappé, Vinícius, Bellingham, Arda — kolejka do wpisania się na listę strzelców dłuższa niż lista finansowych dźwigni Laporty.
A Barcelona?
Barcelona też ma swojego bohatera. Jednego gola. Jeden promyk. Jedną świeczkę zapaloną w ciemnym pokoju, w którym ktoś dalej tłumaczy, że „projekt Flicka dopiero się rozkręca”.
Real wysyła na mundial ludzi od rozstrzygania meczów. Barça wysyła ludzi od budowania narracji, wrzucania stories i czekania, aż Lamine Yamal znowu uratuje wizerunek całej instytucji.
16:1.
Kiedyś Barcelona chwaliła się, że wychowuje najlepszych piłkarzy świata. Dzisiaj może się pochwalić, że przynajmniej umie liczyć do jednego.
I to też tylko dzięki Lamine’owi.
