Czas ucieka
Julián Álvarez miał być kolejnym wielkim sygnałem dla kibiców Barcelony. Nazwiskiem, które rozpala wyobraźnię, pasuje do projektu Flicka i pozwala przez chwilę zapomnieć, że Atlético Madryt nie jest sklepem z promocją „weź teraz, zapłać kiedyś”. Problem w tym, że Argentyńczyk coraz ostrożniej mówi o przyszłości, a jego obecny klub nie wygląda na instytucję charytatywną.
Barça podobno postawiła ultimatum. Brzmi poważnie, dopóki nie przypomnimy sobie, że w tej historii to raczej Barcelona musi czekać na odpowiedź, a nie dyktować warunki. Atlético ma zawodnika, kontrakt i klauzulę. Barcelona ma marzenie, narrację i przekonanie, że jeśli wystarczająco długo będzie patrzeć na Álvareza, to piłkarz sam zacznie pakować walizki.
Najzabawniejsze jest to, że przy każdej takiej sadze klub wygląda, jakby prowadził transferową ofensywę, ale bez ciężkiej artylerii. Jest napięcie, są przecieki, jest „tic-tac”, jest wiara w projekt. Brakuje tylko drobiazgu: powodu, dla którego Atlético miałoby uznać, że najlepszym pomysłem lata będzie oddanie swojej gwiazdy bez walki.
Na razie Álvarez milczy, Atlético czeka spokojnie, a Barcelona słyszy odliczanie, które sama sobie ustawiła. W Katalonii to już klasyka: najpierw buduje się wielką historię, potem dodaje się deadline, a na końcu wszyscy udają zaskoczenie, że druga strona nie przyszła na konferencję prasową Laporty.
