Hiszpania – belgia
Hiszpania gra z Belgią w ćwierćfinale mundialu, a w Barcelonie zapewne już trwa ciche ćwiczenie komunikatu: jeśli awansują, to będzie dowód na „DNA Barçy”; jeśli odpadną, to oczywiście problem reprezentacji, zmęczenia, terminarza i zbyt małej liczby podań w poprzek. Mecz ma odbyć się 10 lipca w Los Angeles, a stawką jest półfinał mistrzostw świata.
Według Mundo Deportivo, Hiszpania odbyła ostatni trening przed Belgią ze wszystkimi dostępnymi zawodnikami, a selekcjoner ma postawić raczej na ciągłość w składzie. Lamine Yamal mówił z kolei MD, że właśnie od 1/8 i ćwierćfinałów ludzie zaczynają pamiętać wielkie momenty, a Gavi dorzucił marzenie o golu przewrotką w finale. Pięknie. Barcelona lubi takie deklaracje, bo przynajmniej w reprezentacji jej piłkarze mogą mówić o finałach bez dopisku: „o ile uda się kogoś zarejestrować”.
Belgowie przyjeżdżają po mocnym sygnale — Euronews pisał o ich zwycięstwie 4:1 nad USA i awansie właśnie na Hiszpanię. Czyli po jednej stronie ekipa, która rozbiła gospodarzy, po drugiej reprezentacja, którą Barcelona będzie próbowała podpiąć pod własny sukces, zanim jeszcze piłka zacznie się toczyć. Bo przecież jeśli Lamine zrobi różnicę, to będzie „La Masia”; jeśli nie zrobi, to pewnie murawa, sędzia albo zbyt mało wdzięczności od świata.
Dla Hiszpanii to test dojrzałości. Dla Belgii — szansa na potwierdzenie, że nie żyje już tylko wspomnieniem złotej generacji. A dla Barçy? Kolejna okazja, żeby przez 90 minut udawać, że cudze zwycięstwa są częścią klubowego projektu. W końcu kiedy budżet się nie spina, zawsze można przynajmniej dopisać sobie cudze emocje do własnej narracji.
