Najgorszy Mundial w historii? Sędziowanie to jakaś kpina
Ten mundial miał być świętem futbolu. Największy turniej, najlepsze reprezentacje, VAR, półautomatyczne spalone, milion kamer, technologia, procedury i cały ten piękny teatrzyk o „transparentności”.
A wyszło jak zwykle. Tylko z większym budżetem.
Bo jeśli ktoś po meczu Argentyna – Egipt nadal udaje, że wszystko jest normalnie, to chyba oglądał inny sport. Egipt prowadził, grał odważnie, miał mistrzów świata pod ścianą, a potem zaczęła się klasyczna mundialowa magia. Najpierw VAR zabiera Egiptowi gola Ziko, bo znalazł faul w fazie akcji. Potem Egipt protestuje, czuje się skrzywdzony, lecą kartki, Hassan dyskutuje z sędzią, Salah próbuje uspokajać chaos, a przy decydujących momentach nagle wszystko idzie w tempie „check complete, gramy dalej”. Argentyna wygrywa 3:2, świat płacze nad Messim, a Egipt zostaje z pytaniem: skoro przy naszej bramce można było cofać akcję z lupą, to dlaczego przy najważniejszych momentach końcówki monitor wyglądał jak eksponat muzealny?
I to nie jest pojedynczy przypadek. Iran też już zna smak mundialowej technologii. W 93. minucie meczu z Egiptem Shoja Khalilzadeh strzelił gola, który mógł dać Iranowi historyczny awans do fazy pucharowej. Radość, eksplozja emocji, wielki moment. A potem VAR znalazł spalonego „o milimetr” i wszystko wyrzucił do kosza. Technologia miała kończyć kontrowersje, a wygląda tak, jakby produkowała je hurtowo.
Ghana? Klasyka. Mecz z Anglią, 79. minuta, Prince Kwabena Adu wpada w pole karne, Ezri Konsa nie trafia w piłkę, łapie go w kolano, a karnego nie ma. VAR? Jak powiedział sfrustrowany Carlo Queiroz: poszedł na kawę. I trudno o lepsze podsumowanie tego turnieju. Jednym zabierają bramki po analizie atomów, drugim nie dają karnego po wejściu w nogę.
Brazylia też dostała swoje. Vinicius Junior strzela Szkocji gola, VAR zaprasza sędziego do monitora, a ten anuluje bramkę za bardzo miękki faul w odbiorze. Brazylijczycy byli wściekli, federacja pisała do FIFA o „spójnym stosowaniu standardów VAR”. Czyli nawet wielcy tego turnieju zaczynają pytać: według jakiego regulaminu my tu właściwie gramy?
Ekwador? Sané strzela dla Niemiec po akcji, w której wcześniej jest kontakt wysoką nogą w głowę Pedro Vite. VAR nie interweniuje, gol zostaje. Czyli raz cofamy akcję, bo ktoś kogoś musnął trzy podania wcześniej, a innym razem wysoka noga w okolicach głowy to najwyraźniej „naturalny element gry”.
Do tego dochodzi kabaret z meczu Argentyna – Republika Zielonego Przylądka. Tagliafico dostaje w nos, gra jest zatrzymana, zawodnik schodzi, jest opatrywany, a Cape Verde czeka z rzutem rożnym. Według opisu AS piłkarz powinien zostać poza boiskiem przez co najmniej minutę, a tymczasem wznowienie opóźniono tak, żeby Argentyna mogła wrócić do pełnego składu. Przypadek? Może. Ale na tym mundialu tych „przypadków” robi się trochę za dużo.
A wisienką na torcie jest sprawa Baloguna. Czerwona kartka, automatyczne zawieszenie, mecz z Belgią… i nagle FIFA zawiesza wykonanie kary. Guardian pisał, że UEFA oskarżyła FIFA o przekroczenie „czerwonej linii”, bo przepisy mundialu mówią o automatycznej pauzie po czerwonej kartce, a decyzja przyszła po naciskach Donalda Trumpa. Piłka nożna? Nie, to już wygląda jak posiedzenie zarządu z VAR-em w tle.
I dlatego pytanie brzmi coraz poważniej: czy to jest najgorszy mundial w historii pod względem sędziowania?
Bo problemem nie jest sam VAR. Problemem jest to, że VAR raz jest chirurgiem z mikroskopem, a raz śpiącym ochroniarzem na nocnej zmianie. Raz widzi milimetr. Raz nie widzi wejścia w nogę. Raz cofa akcję do początku świata. Raz nie zaprasza sędziego do monitora, kiedy cały stadion czeka na odpowiedź.
Technologia miała dać sprawiedliwość.
Na razie dała tylko więcej pytań.
A FIFA? FIFA pewnie zaraz wyda komunikat, że wszystko odbyło się zgodnie z procedurą. Szkoda tylko, że nikt już nie wie, jaka to procedura i dla kogo właściwie działa.
