Deco Wierzy w Kane’A
Barcelona i Harry Kane. Brzmi jak transfer z trybu kariery, który robisz o 3:00 w nocy, kiedy masz już dość rozsądku i zaczynasz wierzyć, że wszystko jest możliwe.
Według hiszpańskich mediów, Anglik nadal ma znajdować się gdzieś na liście Barçy jako alternatywa dla Juliána Álvareza. I tu właśnie zaczyna się ta piękna, dziecięca wiara kibica Barcelony.
Że Kane spojrzy na projekt Flicka i powie: „tak, to jest to”.
Że zostawi spokojne Monachium, regularną walkę o trofea, stabilny Bayern i przyjdzie do klubu, w którym każde lato wygląda jak arkusz Excela po wybuchu petardy.
Że uwierzy w projekt, w którym brakuje klasycznej „9”, pieniędzy trzeba szukać pod kanapą, a każda rejestracja piłkarza zamienia się w osobny sezon serialu.
Ale właśnie na tym polega Barça.
Tu logika często przegrywa z marzeniem. Tu kibic potrafi przez trzy dni analizować jedno zdanie z konferencji, jeden gest agenta i jedno zdjęcie z lotniska. Tu Harry Kane może być jednocześnie nierealny, za drogi, za stary, niemożliwy… i absolutnie konieczny.
Czy to ma sens finansowo? Pewnie nie.
Czy brzmi jak desperacki plan B po problemach z Álvarezem? Trochę tak.
Czy i tak przez chwilę można uwierzyć, że Flick zadzwoni, Kane posłucha, a Laporta odpali kolejną magiczną sztuczkę?
Oczywiście, że tak.
Bo kibic Barcelony może stracić pieniądze, cierpliwość i zdrowie psychiczne.
Ale wiary w niemożliwe transfery nie straci nigdy.
