Rafael leão na celowniku Barcelony. Czyli znowu marzenia za 70 milionów
Barcelona miała zapytać o sytuację Rafaela Leão. Tak, tego Leão z Milanu. Szybkiego, efektownego, drogiego i dokładnie z tej półki, na którą Barça lubi patrzeć przez szybę z napisem: „proszę nie dotykać”.
Według doniesień, Milan mógłby rozważyć wypożyczenie z opcją lub obowiązkiem wykupu, ale problem jest stary jak ostatnie okienka transferowe Barcelony — pieniądze. Kwoty w okolicach 60–70 milionów euro brzmią w Katalonii bardziej jak fantasy football niż realny plan transferowy.
I tu właśnie zaczyna się klasyczna Barca. Nazwisko jest wielkie, potrzeba na skrzydle istnieje, kibice mogą się nakręcić, media mają temat, a księgowość już pewnie odpaliła tryb awaryjny.
Leão w Barcelonie? Sportowo — piękna wizja. Finansowo — kolejny odcinek serialu „chcemy gwiazdę, ale najpierw musimy sprzedać pół szatni, prawa do ekspresu i przyszłe przychody z popcornu”.
Na dziś wygląda to bardziej jak badanie rynku niż realna operacja. Ale znając Barcelonę, sam fakt, że kogoś nie stać, nigdy nie przeszkadzał w marzeniach.
Bo w tym klubie transfer zaczyna się nie od pieniędzy.
Zaczyna się od zdania: „A może jakoś się uda?”.
