Strzał w Kolano
FC Barcelona znowu pokazuje, że na rynku transferowym potrafi wyprzedzić konkurencję. Problem w tym, że najczęściej wyprzedza samą siebie — na zakręcie, bez hamulców i z kalkulatorem ustawionym na tryb „panika”.
Francisco Trincão może trafić do Al-Ahli za około 50 milionów euro. Gdyby Barcelona nadal miała 50% praw ekonomicznych do Portugalczyka, mogłaby zgarnąć około 25 milionów. Piękna historia, prawda? No właśnie — mogłaby. Ale nie zgarnie.
Bo rok temu Barça sprzedała Sportingowi pozostałą połowę praw za 11 milionów euro. Oficjalnie: rozsądna operacja finansowa. W praktyce: klasyczne „sprzedaj dziś za drobne, patrz jutro jak ktoś inny robi interes życia”.
Sporting ma 100% praw do zawodnika i jeśli Arabowie wyłożą fortunę, cała kasa poleci do Lizbony. Barcelona? Barcelona może co najwyżej odpalić transmisję, popatrzeć na przelew Sportingu i powiedzieć: „kurczę, przecież my go kiedyś mieliśmy”.
Najlepsze jest to, że te 11 milionów było wtedy potrzebne, żeby ratować rejestracje Joana Garcíi czy Marcusa Rashforda. Czyli klasyka gatunku: sprzedaj potencjalne 25 milionów, żeby załatać bieżącą dziurę i udawać, że to strategia.
W Madrycie takie rzeczy nazywa się zarządzaniem. W Barcelonie — kreatywną księgowością z elementami samookaleczenia.
Trincão może i nie zrobił kariery na Camp Nou, ale właśnie może zrobić Barcelonie ostatnią asystę. Niestety dla nich — do pustej bramki Sportingu.
